poniedziałek, 25 lipca 2011

Nowy dzień, nic nie staje się inne...

Oj namieszało się, namieszało. Na klonazepowej fazie w przyplywie nerwów wyprowadziłam się od MM. Myślę jednak, ze dobrze nam to zrobi. Zanim na stale razem zamieszkamy powinnam dojść do ładu z sobą i nauczyc się przebywać w swoim towarzystwie. Tydzień spędziłam w szpitalu na oddziale neurochirurgii, wczoraj wróciłam do mojej małej, pustej jeszcze kawalerki. Stopniowo dobrze nam się układa, po moich ostatnich wyczynach az dziw, ze tak dobrze. Bardzo kocham mojego MM. Nasz związek jest strasznie skomplikowany, ale czy miłość nie musi być trudna? Przy nim nauczyłam się kochać naprawdę i być sobą, nauczył mnie, kim jestem. Dał mi wszystko, czego potrzebowałam w sferze psychicznej. Jestem trochę rozbita. Po roku mieszkania razem ciezko jest budzić się samemu. Dni wydają się być takie puste, a ja jeszcze nie potrafię ich sobie wypełnić. Ale naucze się tej (w pewnym sensie ) samotności. Dawno tu nic nie pisałam. Pozdrawiam wszystkich czytelników:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz